Układy, kolesiostwo i rozdawanie stanowisk – takie były realia w świecie polityki lubuskiej lat 2005- 2011. W rozdziale 4 główny bohater przegrywa nierówną walkę o fotel burmistrza, jednak jego partia wygrywa wybory powiatowe. Żeby wejść w koalicję, obiecuje stanowiska w zarządzie rady powiatu. O tym w dzisiejszym, 5 rozdziale książki. Tym, którzy jeszcze nie czytali żadnego rozdziału przypominamy, że książka Zbigniewa Kozłowskiego „Hokka hey – taniec z kołtunerią” porusza politykę województwa lubuskiego, ze znacznym wskazaniem – zdaniem redakcji – na politykę samorządów powiatu słubickiego. Imiona, nazwiska, nazwy partii – wszystkie nazwy są w książce zmienione, jednakże wcale nie trudno jest umiejscowić co niektórych polityków w poszczególnych rozdziałach tejże lektury. 

Rozdział 1: Lokalna klasa polityczna, czyli jak się niszczy porządnych ludzi
Rozdział 2: „Jak nie jesteś ze mną, to już nie żyjesz” – takie realia brutalnego świata lubuskiej polityki.
Rozdział 3: „Ludziom, którzy chcą nas opuścić, zdarzają się dziwne, spowodowane na ogół depresją wypadki”. Polityka to nie żarty!
Rozdział 4: Jak opłacony dziennikarz manipuluje opinią publiczną

Rozdział 5

Nareszcie dobry dzień. Chrzanić stanowisko burmistrza, wygraliśmy – ludzie, nieście dobrą nowinę – wybory powiatowe. Chociaż w kraju coraz bardziej odczuwamy aferowo- mafijne kłopoty naszej partii, w powiecie otrzymaliśmy największą ilość głosów. Nie wystarczy to do samodzielnego podejmowania strategicznych gospodarczych decyzji, więc zostaliśmy niejako skazani na dobór koalicjanta. Mamy bardzo ambitny program i zależy nam na realizacji zadań, według nas, najważniejszych.

Są to cztery priorytetowe cele: wyprowadzić na prostą i ocalić przed prywatyzacją nasz szpital, otworzyć wreszcie pierwszy w regionie i powiecie dom dziecka – to projekt „Nasz Dom”, przekazać technikum leśnicze pod jurysdykcję ministra (co zapewni godziwsze fundusze, uwalniając jednocześnie powiat od kosztów) oraz wdrożyć przygotowany już projekt żurawskiej obwodnicy. Tutaj niestety okoniem stanął wiceburmistrz Kozłowski, który wszelkimi dostępnymi środkami starał się projekt zablokować. Podobno obwodnica ma przebiegać zbyt blisko jego domu, a tak dużego ruchu oraz ewentualnego hałasu organizm Kozłowskiego nie może przetrawić. Na szczęście i ku naszej wielkiej satysfakcji ludzie z jego koła oraz on sam w wyborach do rady powiatu sromotnie polegli. Musieliśmy więc szybko ustalić, od czego rozpocząć nasze działania. Najpierw należało przysiąść, policzyć i zastanowić się, za jaką cenę możemy uzyskać większość mandatów w zarządzie powiatu.

Wiedzieliśmy, że dopiero teraz zaczną się naprawdę schody. Propozycje, kontrpropozycje, kto jakie stanowisko, dlaczego on, co, po co, za co. Kołomyja. Dla uporządkowania wróciliśmy ab ovo, do przejrzenia rozpiski mandatów. Zanotowaliśmy: rada powiatu – 17 członków, w tym: burłaki (my) – 6; uczciwusy – 3; fornale – 2; komuszki – 3; Siła Miasta (blok pozapartyjny) – 3.

Aby zrealizować nasz program, musieliśmy zapewnić sobie bezpieczną większość podczas głosowań rady. Wyliczyliśmy, że powinniśmy wejść w koalicję z dwoma blokami. Wstępnie już od ręki odrzuciliśmy komuszków i fornali, ponieważ oni w powiecie zawsze trzymali się razem i zależało im tylko na obsadzeniu stanowisk swoimi ludźmi. Jaki odnosiło to skutek, widzieliśmy na przykładzie urzędu miasta, który akurat stanowił klasyczny wzorzec tworzenia kliki. Pozostawało więc nam dogadać się z uczciwusami i Siłą Miasta. Jeżeli chodzi o uczciwusów, to już wcześniej dało się zauważyć, iż nasze programy i ideały są podobne, a zasady uprawiania polityki na szczeblu lokalnym bardzo zbliżone. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że służbom udało się dzięki cierpliwej, kilkuletniej inwigilacji i pracy, ulokować na fotelu powiatowego szefa tej partii swojego agenta.

Wybraliśmy więc wstępnie i „zaklepaliśmy” koalicjantów. Wchodząc z nimi w układ, musieliśmy zaproponować jakieś funkcje, tak przedstawicielom uczciwusów, jak i Siły Miasta. Szef tej ostatniej, Bonawentura Czapliński był wyjątkowo łasy na atrakcyjne synekury. Cóż, jako były żużlowiec zawsze chciał być na medalowym miejscu. Krążyła o nim słynna plotka, że przy bakszyszu poniżej 3 tysięcy złotych, to on jest uczciwy, szlachetny i absolutnie nieprzekupny. Najpierw jednak musieliśmy wytypować spośród naszych mandatariuszy kandydatów na poszczególne funkcje. Ustaliliśmy więc, że szefem rady powiatu zostanie Ordek Michorowski, zaś stanowisko starosty obejmie moja skromna persona.

Wybór zastępców pozostawiliśmy w gestii koalicjantów.  Po uzgodnieniu tych podstawowych kwestii nie będę ukrywał, że pozostałą część wieczoru spędziliśmy na fetowaniu zwycięstwa. Następnego dnia już przed południem doszło do koalicyjnego spotkania z Siłą Miasta. Dogadaliśmy się szybko, zwłaszcza że, zgodnie z naszymi przewidywaniami, Czapliński czuł się wyraźnie usatysfakcjonowany wytypowaniem na funkcję wicestarosty. Jeszcze przed zakończeniem spotkania podszedł do mnie i kładąc rękę na sercu, dobitnie wyrecytował:
– Lechu, dodam ci prywatnie, że masz we mnie przyjaciela od dziś na zawsze. Aż się zdziwiłem takim przypływem serdecznych uczuć, w dodatku do mnie, a nie do nas wspólnie. Boguś Szlachcic, który to usłyszał, uśmiechnął się pod nosem, później na boku mruknął do mnie:
– Musimy na niego uważać, ta zbytnia wylewność to tylko chwilowe zaspokojenie. To zachłanny smok, on z czasem będzie żądał coraz więcej.
Kolejna randka, ta z uczciwusami spowodowała masę komplikacji. Ich szef, Karguś, zażądał ni mniej, ni więcej, tylko funkcji przewodniczącego rady. Zatkało nas, dopiero po chwili Staś Woszulski rzucił gniewnie:
– Niestety, funkcję przewodniczącego obejmie Michorowski od nas. Przecież to my wygraliśmy wybory.
Riposta Kargusia była szokująca:
– Ach tak? No to nie będzie żadnej koalicji.
Znowu nas zamurowało. W milczeniu patrzyliśmy na siebie.
– Spokojnie – wreszcie odpowiedział Boguś Szlachcic – w końcu chcemy realizować jednak wspólny program, do czego jest potrzebny szef z partii zwycięskiej. Przecież dla dobra sprawy mógłby pan poświęcić swoje osobiste ambicje i zadowolić się funkcją wiceprzewodniczącego.
– Tak? A dlaczego wy nie poświęcicie swoich ambicji? Przecież to nasz wspólny program – rzucił Karguś ironicznie.
– Chwila – mówię – przecież to my wygraliśmy wybory i to my odpowiemy przed wyborcami. To jasne, że nasz przedstawiciel powinien mieć kontrolę nad realizacją programu. A pan przecież reprezentuje uczciwusów, którzy szczycą się ideą dobra ogólnego.
Karguś nas znowu zaszokował:
– Nie reprezentuję uczciwusów, ja tylko startowałem z ich listy – nie tylko nas wpędził tym oświadczeniem w stan konsternacji.
Tymczasem on spokojnie kontynuował:
– To ja użyczam uczciwusom twarzy, a nie odwrotnie. Decydujcie się: albo funkcja przewodniczącego rady dla mnie, albo nici ze spółki.

Popatrzyliśmy na pozostałych członków delegacji UiP. Jeden z nich bezradnie rozłożył ręce – to nie oni wybierali Kargusia, został wytypowany przez kogoś z województwa. Drugi – Czarek Ostoja czuł, że coś nie zagrało, jakby się nawet wstydził. Przesłał nam dyskretny znak ręką: widzę, że coś śmierdzi, też jestem zaskoczony, poczekajcie, powoli, zajmiemy się tą sprawą, jeszcze zmienimy rozdanie. Tymczasem Karguś widział konsternację bijącą z naszych twarzy i kuł żelazo póki gorące. Dobitnie powtórzył, cedząc każde słowo:
– Właśnie tak, przewodniczący rady dla mnie albo szukajcie sobie innego koalicjanta.
– A co z Michorowskim, przecież on już szykuje się do objęcia funkcji? – zapytał Woszulski.
– A co ma być? – odparł zaczepnie Karguś. – To jego zróbcie zastępcą. No więc, jaka jest w sumie wasza decyzja? – wrócił do meritum.
Przez chwilę znowu milczeliśmy.
– No cóż – odparłem w końcu – przyparci do muru zgadzamy się w imię dobrej współpracy.
– To i załatwione – skwitował Karguś, po czym zwrócił się do swoich: – Idziemy?
– Ja jeszcze zostanę – powiedział Cezary Ostoja – mam coś do wyjaśnienia.
Karguś uniósł swoje krzaczaste brwi, obrzucił go podejrzliwym spojrzeniem, w końcu wzruszył ramionami i wyszedł. Za nim podreptał drugi z uczciwusów.
– Posłuchajcie – odezwał się Ostoja – nasze ugrupowanie w Żurawiu jest w trudnej sytuacji. Odczuwamy skutki oszczerczej kampanii medialnej, prowadzonej w całym kraju przez rząd. Wasz rząd – dodał z naciskiem.
– Wiemy, że wkradło się w nasze szeregi sporo karierowiczów czy wręcz kretów i jest całkiem możliwe, że do nich należy Karguś. Na naszą listę polecił go wpisać taki jeden z zarządu regionu. Załatwię, aby obydwóch dokładnie sprawdzono, może skorzystamy z IPN, ale to może potrwać nawet tydzień. Niestety, pierwsze zebranie rady powiatu mamy już pojutrze, więc na razie chyba musimy pogodzić się z aktualnymi ustaleniami. Przecież jeżeli odmówicie Kargusiowi, to on przeciągnie na swoją stronę, czyli wtedy do przeciwników, swoich kumpli od biznesu – Ziemniewicza i Słowika z Siły Miasta. Wówczas cały wasz układ z Czaplińskim runie jak domek z kart. Myślę więc, że powinniście przyjąć dzisiejszą propozycję, a później wszystko sobie wyjaśnimy i skorygujemy. Swoją drogą, wasza grupa bardzo się różni od całej reszty z burłackiego układu kołtunerii. Jesteście zupełnie inni, nie zależy wam na kombinacjach, konfiturach i profitach. Chyba powinniście wręcz uważać, przecież będziecie bardzo niewygodni dla swoich dzisiejszych towarzyszy. Kto wie, kiedy już będziecie zbędni lub za bardzo się narazicie, przyjdziecie do nas? Osobiście widzę wielkie możliwości współpracy, mamy taką samą ideę silnej gospodarki i sprawiedliwości. Możemy być po jednej stronie.
Spojrzeliśmy na Czarka z lekkimi uśmieszkami na twarzach i rozłożyliśmy ręce w geście „kto wie”? On tylko pokiwał głową i rzuciwszy:
– Do zobaczenia na sesji – wyszedł. 
– No, kto powie Michorowskiemu? – zapytał przytomnie Boguś.
Nikt się do tego nie kwapił, ale kolejne spojrzenia kierowały się w stronę mojej osoby, niczym muszki karabinów ku celowniczej tarczy. Musiałem się tego podjąć, wiedziałem także i to, że odium musi spaść na moją głowę.
– Jasne, powiem – zgodziłem się. – Ale ze dwóch pójdzie ze mną. 

Następna strona ->

Strony: 1 2